czy mogę być lepszą macochą

Jestem dobrą osobą, tylko czy mogę być lepszą macochą?

Przez ostatnie kilka lat, nie raz, zadawałam sobie pytanie, czy jestem dobrą macochą. Czy jest szansa na to, że mogę być lepszą macochą, niż jestem, a jednocześnie nie poświęcę jakiegoś cennego kawałka siebie?

Od października 2019 roku, nasz patchwork przechodzi turbulencje. O tyle bardziej je odczuwamy, a już szczególnie Niko, że przez prawie 3 lata wszystko było dobrze. Dzieciaki miały swój rytm, my też. Średnio 3 noce / 4 dni w tygodniu byli u nas. Wszystkie ferie, święta, wakacje były pół na pół. Zmiana zaczęła być zauważalna po październikowej przerwie szkolnej, którą dzieciaki spędziły z nami w Walii. Jeden tydzień, nie chcieli przyjechać, drugi tydzień to samo. Pierwsza reakcja Nikodema była taka, że stęsknili się za mamą, więc to nie tragedia. Niestety niewiele się zmieniło. W ciągu ostatnich 9 miesięcy bywały okresy, kiedy dzieciaków u nas nie było nawet 3 tygodnie.

COVID19, restrykcje, zamknięcia szkół, placów zabaw i basenów rozwaliły totalnie plan Maksa. W tym tygodniu widziałam Maksa po raz pierwszy od 13 tygodniu! Odmawiał wyjścia z domu, o przyjeździe do nas nie było mowy.

Przez te 9 miesięcy Nikodem spędzał kilka godzin tygodniowo u dzieciaków, w domu ich mamy. Jako kobiecie, partnerce Nikodema, wszystko gotowało się w środku na myśl o godzinach spędzonych pod dachem jego eks. Nie byłam zazdrosna (chociaż nie ukrywam, że pewne obawy były), jednak fakt, że Nikodem nie jest oficjalnie rozwiedziony ze swoją eks, dolewał oliwy do ognia. Wracałam ze szkoły, a on już był u dzieci, kiedy on wracał był już totalnie styrany całym dniem w rozjazdach. Tragedii nie było, no bo to w końcu tylko 2-3 popołudnia w tygodniu.

Kto zawinił? Czy to moja wina? Czy bycie lepszą macochą by coś zmieniło?

Kiedy minęło pierwsze 2-3 tygodnie od pojawienia się problemu z przyjazdem dzieci, zaczęła się analiza. Głównie w głowie Nikodema, w naszych rozmowach pojawiły się ukryte podteksty i pretensje, podejrzenia. Podobnie jak Nikodem, nie rozumiałam tego, co się stało, nie widziałam powodu, z którego sytuacja tak dramatycznie mogłaby się zmienić. Sami sobie nie mieliśmy nic do zarzucenia, aczkolwiek na siłę człowiek zawsze coś znajdzie… Nikodem szukał winy w sobie, w domu, w wieku dzieci, w autyzmie Maksa, we mnie. Kiedy ja sugerowałam, że może coś się drastycznie zmieniło w sytuacji matki dzieci, słyszałam że się czepiam i nie mam pojęcia o czym mówię.


czy mogę być lepszą macochą 
credit: <a href='https://www.freepik.com/free-photos-vectors/people'>People photo created by yanalya - www.freepik.com</a>

Problem każdej z macoch. Fraza, którą powtarza nam się jak mantrę “Nie wiesz o czym mówisz, nie masz pojęcia, nie jesteś przecież ich matką”. Mijały miesiące, Nikodema depresja i lęki pogarszały się pod wpływem frustracji, niepewności, smutku, tęsknoty. Bywały dni, że siedział w ciemnym pokoju i płakał. A ja na to wszystko musiałam potulnie patrzeć, bez możliwości komentarza (no, chyba, że chciałam dostać zjebkę), bez możliwości interweniowania, bez szans na poprawienie sytuacji.

W takich momentach zadawałam sobie pytania:
– czy to moja wina
– czy jestem dobrą macochą
– czy mogłam coś zrobić inaczej

Z reguły, pod koniec takich rozważań, moja frustracja, bezsilność i rozżalenie wystawiały palec w stronę mamy dzieci, Nikodema i samych dzieci. Z czasem, takie rozważania przerodziły się w zwyczajną gorycz i złość i pretensje do dzieci i ich mamy o to, jak traktują Nikodema.

Nie jestem z tego dumna, ale ciężko mi było wysłuchiwać kolejnej historii o tym, jak Livia odmówiła przyjazdu, Maks odpychał Nikodema, kiedy ten chciał się zwyczajnie przytulić. Bez ostrego wkurwu na to, jak traktowany jest człowiek, którego kocham. Człowiek, który sobie na takie traktowanie niczym nie zasłużył.

Nie mogłam się nie wkurzać i nie gotować, kiedy w końcu przyjeżdżała Livia do nas i musiała być przez cały czas w centrum zainteresowania Nikodema, skakała po nim i nie potrafiła przez 15 minut zająć się sama sobą. Nie dawałam rady, komentarze same wychodziły:
– “gdybyś przyjeżdżała częściej, to byś miała więcej okazji do zabawy z tatą”
– “gdyby tata nie musiał jeździć do was, to nie marnowałby godziny na dojazdy i mógłby ten czas spędzić z Tobą”

Kiedy żal wypełniał mnie po brzegi, wychodziłam z pokoju. Często komentowałam pod nosem, ale w środku się zbierało. W tym czasie nie czułam się, jak macocha. Wszystko zgrzytało. Pomimo moich prób zaakceptowania, że to taki okres, że to przecież nie ja cierpię w tej sytuacji najbardziej, nie potrafiłam okazać zrozumienia. Gorzej, bo nie potrafiłam udawać, że nie czuje do nich żalu, o to, jak traktują Nikodema, jak traktują nasz dom i gdzieś po części i mnie.

Przez ostatnie 9 miesięcy nie czuje się, jak część tego układu, która ma coś do powiedzenia. Podejrzeń o powody takiego stanu rzeczy jest wiele, im dłużej to trwa, tym więcej zauważam. Zadaje sobie pytanie czy w obliczu tego wszystkiego, jestem dobrą macochą? Czy mogę być lepszą macocha? Ten czas pokazał mi, że “dobra” to cholernie względne pojęcie i im więcej czasu mija, tym bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że bycie dla kogoś dobrym nie koniecznie musi oznaczać danie mu gwiazdki z nieba i tego, czego dokładnie ten ktoś chce.

W patchworku bycie dobrym jest o tyle cięższe do zdefiniowania, bo są dwa domy, a w nich dwa różne światy. W życie włączone są dodatkowe osoby w postaci macochy, ojczyma, przyrodniego rodzeństwa, dodatkowych dziadków.


*Czy możliwe, że moja chęć usamodzielniania dzieci przez danie drobnych obowiązków domowych, planowanie posiłków i odrobiny odpowiedzialności sprawiły, że “dobre” u mamy było lepsze?
Możliwe, i to bardzo.

*Czy możliwe, że gdybym chciała być lepszą macochą dla dzieci, byłabym gorszym człowiekiem we własnych oczach, bo zwyczajnie działałabym wbrew temu, co dyktuje mi rozsądek?
Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne.

*Czy będzie mi trudno odzyskać taki sam kontakt i odbudować relacje z dziećmi, kiedy (a mam nadzieję, że ten czas przyjdzie prędzej, niż później) już wszystko wróci do względnej normy?
Bez dwóch zdań. Na 100%.

*Czy byłoby mi łatwiej, gdyby ktoś w tym układzie stwierdził, że macocha, często przez wzgląd na swoje mniej naładowane emocjami spojrzenie, widzi rzeczy, których rodzice nie dostrzegą? Że macocha może mieć rację.
Myślę, że tak.


Myślę też, że nie jestem jedyną macochą, która chciałaby i miała ochotę być lepszą macochą, gdyby jej stanowisko, jej osoba, spostrzeżenia, odczucia, uwagi były traktowane poważnie i brane pod uwagę. Niewiele z macoch ma taką możliwość, możliwość rozwoju swojego uczucia do dzieci i relacji z nimi. Większość z nas buduje je wbrew czemuś, pomimo czegoś, staje ponad coś. I mówimy wtedy, że jest szlachetna, że pomimo żalu, trudnej sytuacji, braku docenienia, niezbyt komfortowej sytuacji potrafi pokochać i być lepszą macochą.

Byłam tam. Teraz jestem tu. Weryfikacja trwa i dostosowanie się trwa. Nie jest łatwo przejść z pełnego zaangażowania do trybu “nie masz nic do powiedzenia”. Lata temu pisałam o tym, jaką macochą jestem i jaką chcę być. Wspomniałam we wpisie  o tym jaką macochą mam być  o słynnym w US i UK stylu macochowania “NACHO” – Not your kid ( Nie Twoje dziecko) i wtedy twierdziłam, że to nie mój styl. Nadal to nie mój styl, jednak jest to jedyny styl, który pozwala mi na zachowanie zdrowego rozsądku i obronienie siebie przed zranieniem. Każdorazowo, gdy wkraczam na drogę wykazania zaintresowania i wyrażenia własnej opini, dostaje po głowie, więc to bezpieczny wybór. A każdy, kto jest bonusowym rodzicem w patchworku wie, jak potrafią zranić słowa i czyny nie Twoich dzieci, słowa i czyny, kogoś kogo kochamy najbardziej.