nauka bycia macochą

Nauka bycia macochą.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy ktoś zapytał mnie, czy ja i dzieciaki Nikodema już się do siebie przyzwyczailiśmy. Pamiętam też, że po sekundzie przyszła odpowiedź: to jest proces, który ciągle trwa. Pomimo mijających miesięcy, teraz już lat, my ciągle się zmieniamy.
Każda sytuacja związana z dziećmi daje mi szansę na zadanie sobie pytania, jak ma wyglądać moja nauka bycia macochą.

Codziennie rano wstajemy troszkę inni, dzieci rosną, stają się bardziej wygadane, mają humory, strzelają fochy, mają nowe smutki i radości. Tak samo z nami, ja i Niko i nasza relacja ciągle ewoluuje. Każdego dnia podejmuję decyzję czy mam kochać, wychowywać, wspierać czy może uciekać od całej sytuacji, jak najdalej się da.

No właśnie, kochać, wspierać i… wychowywać. Ten ostatni element nauki bycia macochą jest dla mnie najtrudniejszy.

Powiem szczerze, że nigdy nie czułam się dobrze w roli tej, która wprowadza zasady i ustala sposoby postępowania. Praca — to inna broszka, nauczyłam się jak zarządzać zespołem, jak pisać procedury, szkolić ludzi i być liderem, którego ludzie nie muszą lubić, ale szczerze szanują. W domu, w praktyce — LIPA!

Lata temu przeprowadziłam z moją Panią psycholog rozmowę o tym, dlaczego tak bardzo wkurza mnie, gdy Livia przerywa w połowie zdania, przeszkadza w obiedzie, dlaczego odczuwam dyskomfort, fizyczny i psychiczny, kiedy jej buzia, czy ręce są za blisko mojej twarzy, dlaczego brak kontaktu wzrokowego z Maksem powoduje, że mam trudności z utworzeniem relacji. Prosta odpowiedź — nie mam dzieci. Często pisze o tym, że brak posiadania dzieci nie oznacza, że jestem gorsza w tym układzie. Tak jest i tym razem, ja jestem, zwyczajnie, przyzwyczajona do konkretnego, trochę bardziej oficjalnego i biznesowego sposobu nawiązywania więzi i poznawania ludzi. Większość przyjaźni i relacji nawiązywałam w pracy lub przez ludzi, z którymi pracowałam. Nikt mi nie przerywał, jak mówiłam, nie wkładał palca w oko i dotykano mi twarzy tylko w konkretnych, przewidywalnych sytuacjach. Kwestia Maksa — w neurotypowo postrzeganym świecie odwracanie wzroku, unikanie kontaktu i nieodpowiadanie to oznaka tego, że ktoś nie czuje się przy Tobie komfortowo, nie lubi Cię.



Musiałam nauczyć się bycia macochą, nie miałam za bardzo wyjścia. Wyuczone przyzwyczajenia, które tak dobrze spisywały się, przez długie lata w wielu innych sytuacjach, w tej konkretnej mogły mnie stracić.

Dawno temu mieliśmy, taką sytuację: wychodziliśmy z dzieciakami z restauracji, Livia była nie w sosie. Maks z Niko stali już przy drzwiach, a Livia ciągła za sobą po ziemi kurtkę i szalik z ewidentnym foszkiem. Stwierdziłam, ok… to jest ten moment gdzie mogę wychowywać! Podeszłam, zapytałam czy wszystko ok, na co zareagowała dokładnie, jak każde dziecko w jej wieku “Zostaw mnie!” . Moje emocje wzięły górę i padło “Livia, co to jest za zachowanie?!”. Nie mam pojęcia, czy z wychowawczego punktu widzenia to pytanie miało jakikolwiek sens. Zapewne nie, bo ponoć, kiedy dzieciak ma focha to i tak nie jest w stanie interpretować i zrozumieć naszych słów. Emocje zalewają mu mózg.

Co ma znaczenie, to fakt, że to zdanie, w moich oczach, było w tamtym momencie kompletnie obdarte z autentyczności. Maks za to przez długi okres czasu miał mój autorytet totalnie w dupie. Do dzisiaj są sytuacje, w których zwyczajnie mnie ignoruje, zaczyna się denerwować, a jak Nikodem mu to powtórzy to nie ma problemu.

I weź tu się człowieku staraj! Ta nauka bycia macochą wychodzi mi jakoś średnio!

Długo nie czułam się w odpowiednim miejscu, żeby wprowadzać jakieś zasady w domu. Nie było to dla mnie naturalne i duże znaczenie ma to, że jako dziecko miałam w nosie, co mówiły mi babcie, ciotki, starsze kuzynki. Mamy, taty i nauczycieli w szkole się słuchałam, do pewnego czasu, ale to już inna kwestia. Nie ogarniam zdrowego balansu między samowolką, a dyscypliną. Mam zasady i są one jasne, jest ich tylko kilka i tych zasad się trzymam i potrafię ich obronić. Ciągle ich egzekwowanie przychodzi mi z trudem i czasem reaguje fochem na focha. Czasem pocisnę za mocno i efektu to też nie przyniesie.


nauka bycia macochą - foch

Staram się odwołać do dziecięcych emocji, do tego co potrafią zrozumieć i poczuć, podstawowych uczuć, jak radość, smutek, złość, zadowolenie czy rozczarowanie. Taką drogą, jestem w stanie komunikować się już od dłuższego czasu z Liv. Kiedy proszę o Liv o posprzątanie zabawek, czy gry, po wspólnej zabawie, a ona odmawia, pytam ją jak się czuje, kiedy musi sprzątać sama po zabawie z Maksem. Gdy nie chce wynieść po sobie talerza do kuchni, pytam czy w takim razie następnym razem będzie jej miło, jak będzie wynosiła brudne talerze po całej rodzinie, jak często robie to ja.

Z Maksem jest trudniej. Z racji autyzmy i opóźnienia rozwojowego, jakiekolwiek logiczne tłumaczenie i odnoszenie się do emocji i analogicznych sytuacji nie ma większego sensu. Czasem zwyczajnie muszę powtórzyć trzy razy i poczekać, aż przyjdzie czas, że prośba nabierze mocy urzędowej. W tej kwestii, często nie zgadzamy się z Niko. Niko nie chcąc Maksowi psuć humoru i doprowadzać do jego płaczu, robi rzeczy za niego. Ja jednak nalegam na to, żeby pewne czynności Maks musiał wykonywać. Totalne podstawy, jak zaniesienie swoich brudnych naczyń do kuchni, zebranie brudnych ubrań do kosza czy pralki, wytarcie stołu, jak rozleje coś, czy wyrzucenie papierków do kosza. Maks, będzie kiedyś miał 20 lat i musi nauczyć się, że pomimo tego że ktoś zawsze będzie przy nim, to istnieją pewne zasady i łzy połączone ze złością ich nie zmienią.

Wszystkiego uczymy się powtarzając regularnie i popełniając błędy

Największy problem z nauką bycia macochą jest częstotliwość widywania dzieciaków. Tak jest ze mną. Kiedy widuje dzieci 3-4 razy w tygodniu, pewne rzeczy stają się naturalne. Jest to dla mnie łatwiejsze, bo zwyczajnie nie wychodzę z rytmu. Dla dzieciaków jest to prostsze bo są przyzwyczajeni do tego, jak wygląda życie w naszym domu. Kiedy jednak dzieciaki są u nas tylko w weekend to zaczynają się problemy:

  • Dzieciaki przez 5 dni w tygodniu żyją wedle zasad, które funkcjonują u mamy w domu. Nie wiem jakie te zasady są. Nie ingeruje w to i nie pytam. Nie wiem czy dzieci mają jakieś obowiązki, czy są konkretne rzeczy, które są od nich wymagane. Przyjeżdżając do innego domu, wypadają z rytmu i nie dziwie się, że pada z ich ust magiczne “Bo u mamy w domu”
  • Ojciec chce spędzić z dziećmi czas. Chce żeby ten czas był wartościowy, zabawny, pełen bliskości i fajnych rzeczy. Naciskanie na dyscyplinę oznacza spore ryzyko wystąpienia focha, a foch… No cóż foch psuje wszystko…
    Widzę po Niko, że kiedy zdarza się, że dzieciaki są tylko w weekend to dyscyplina praktycznie nie istnieje. Często to ja muszę być tym złym w naszym układzie, który powie, że zanim dostaną pilota do ręki, czy Ipada, to mają po sobie sprzątnąć i że nie będzie lodów, póki nie będzie zjedzone do końca śniadanie.
  • Autorytet macochy praktycznie nie istnieje. W końcu weekendowa macocha to JAKAŚ kobieta, którą widzą raz w tygodniu. Szczerze? Nie ma tu się co dziwić dzieciakom.
  • My same, nie mamy czasu i okazji nauczyć się tych dzieciaków. Nie ma czasu na przetestowanie różnych rozwiązań i jesteśmy, tak po prawdzie, skazane na los i przypadek. Czasem jeden naprawdę kijowy weekend potrafi spieprzyć bardzo dobry miesiąc… bo dla weekendowych macoch miesiąc z dziećmi to raptem 8 dni..

Dla tych macoch, które z bycia kobietą i partnerką, z dnia na dzień stały się pełnoetatowym opiekunek dzieci swojego partnera, nauka bycia macochą też nie jest łatwa. Testujesz wszystko bez wcześniejszego przygotowania. Jest to nauka bycia macochą na żywym organizmie. Nie masz możliwości ucieczki, nie masz czasu na odpoczęcie od sytuacji i przemyślenie wszystkiego. Małe rzeczy, drobne problemy rosną do rozmiarów końca świata.

Jak widać, i tak źle i tak niedobrze! Jestem w 100% pewna, że jest jakaś odpowiedź na zadane w tytule pytanie. Istnieje sposób na to, jak nauczyć się bycia macochą. I o tyle o ile chciałabym powiedzieć, że go znam, to niestety tak nie jest. Ciągle szukam.

Póki co odkryłam dwie niezmienne zasady, które są podstawą mojej nauki bycia macochą:

  • Wspieraj swojego partnera w wychowaniu dzieci, on ma autorytet, on jest tatą, on jest rodzicem. Będziesz się z nim nie zgadzać, to Ci zagwarantuje, tu z pomocą przychodzi druga zasada.
  • Nigdy nie kwestionuj jego decyzji przy dzieciach. Zwróć mu uwagę, kiedy wyjdą, kopnij go w kostkę, daj jakiś znak wyrazem twarzy, ale nigdy nie umniejszaj jego autorytetu. Czasem zasugeruj w formie pytania inne rozwiązanie, tak żeby wyglądało, że jest to ciągle jego decyzja.

A ty moja droga, daj sobie możliwość bycia tym, kim akurat możesz być. Możesz być w ich oczach macochą, rodzicem, koleżanką, przyjaciółką. Najważniejsze, żebyś czuła się przy tym dobrze i nie niszczyła relacji tata-dzieci. Więcej o tym, w kolejnym macochowym wpisie!