straciłam flow

Straciłam flow. Gdzie się podziała macocha?

Spójrzmy prawdzie w oczy, ostatni stworzony tekst popełniłam dobre dwa miesiące temu i nie był on związany z macochowaniem, patchworkiem, byciem silną kobietą i łamaniem stereotypów. Napisałam dobry tekst o dokształcaniu się i rozwoju, a potem… straciłam flow! Czyżby przyszedł czas na samodyscyplinę i kolejny już powrót? Szczerze? Nie wiem!

Gdybym miała z wami być tak w 100% szczera, a na to wszyscy zasługujecie, to straciłam flow już jakiś czas wcześniej. Powodów jest wiele, rozgrzebmy to razem, spróbujmy to zrozumieć. Rozgrzeszenia nie szukam, ale może (a nawet na pewno) nie jestem jedyna, która potraciła się w tym, jak chce być postrzegana w internecie. Rachunek sumienia 2.0

Wielkie chęci pokazania, że potrafię. No i fakt, że każdy potrzebuje docenienie z zewnątrz.

W okolicach października zeszłego roku zapadła klamka, zamykająca drzwi za naszym wspólnym pisaniem wraz z Niko.  Rock Daddy  i Wydziarana Macocha wzięli pisarski rozwód. Niko, potrzebował zmiany platformy, chciał pisać w języku, w którym pracuje i myśli. Wspieram go całymi siłami, pomagam, kiedy jestem o tę pomoc proszona. Problem był w tym, jak ten rozwód się wydarzył — nie po mojemu, nie z mojej inicjatywy. W mig złapałam podejście “Ja Ci ku*$?a pokażę!”. Wsparta głosem wielu osób z blogosfery, moich dotychczasowych czytelników ruszyłam z tym blogiem. W głowie ułożyłam sobie, że to zmiana na dobre, że będę mogła pisać o wszystkim, będę mogła pisać rzeczy, których na parentingowym blogu nie wypada! W końcu nie samym macochowaniem i byciem czyjąś kobietą się żyje, co nie?! Zabrałam się za robotę i w try migi po tym, jak już narobiłam się przy stworzeniu bloga i przepisaniu piętnastu tekstów ze starego bloga, wystrzelałam się z chęci. Spojrzałam na tempo pisania, ilość nowych tekstów i kurna babka okazało się, że jednak nie potrafię aż tak bardzo, jak mi się zdawało… Nie jestem aż tak produktywna i nie do końca wiem, jak złapać moich czytelników za serce tematem innym niż macochowanie…

Razem z brakiem zainteresowania moim pisaniem, i tak wiem, zbudowanie społeczności zajmuje czas, tylko że na RockDaddy ona była nasza i statystyki cieszyły, spadała moja motywacja do pisania o czymkolwiek! Wszyscy potrzebuje regularnego klepania po ramieniu i docenienia tego, co robimy. Doceniam przyjaciół i wiernych fanów, którzy szepną mi dobre słowo, ale nosz kuźwa… patrzysz na statystyki postów, które uważasz za dobre i masz wrażenie, że chyba coś poszło nie tak! Tak kur&#%#sko trudno oderwać się, odciąć od swoich własnych oczekiwań wobec siebie…


Straciłam flow statystyki

Straciłam macochowy flow…

Padnie więc, że skoro o patchworku i macochowym życiu ludzie chcą czytać, to o tym powinnam pisać. Tu właśnie trafiamy na problem.

Po pierwsze, nie samym macochowaniem i patchworkiem człowiek żyje i plan na bloga był taki, że będę pisać o wszystkim.

Po drugie od kilku miesięcy nasz patchwork przeżywa cholernie trudny czas. Najtrudniejszy dla Nikodema, dla mnie niemniej problematyczny. Dzieciaki, a szczególnie Maks, od kilku miesięcy nie przyjeżdżają tak często. Był taki moment, że nie było ich u nas prawie miesiąc. Od razu wyjaśnię, to nie przez kwarantannę jako taką, ale przez zmiany, jakie zaszły w jej skutek w życiu dzieci i jakie zmiany zaszły w emocjach i potrzebach dzieci. Z Liv, dopiero wracamy w pobliże starych torów. Z Maksem, nie wiem, czy kiedykolwiek będzie tak samo. Jego dotychczasowe życie rozpadło się w drobny mak, zabrano mu rutynę, która istniała w jego życiu, dom mamy stał się jedyną stałą.

Dobra, do brzegu Klaudia! Jeśli jesteś hipokrytą, to nie będziemy się lubić — taką mam zasadę. Wychodząc z tej zasady, jak mogę pisać o macochowaniu, skoro od X tygodni nie widziałam dzieciaków? Jak mogę wam pisać o trudach macochowania, skoro to Nikodem jeździ do dzieci, a ja siedzę w tym czasie w domu i oglądam Netflixa lub się uczę? Musiałabym sama siebie “odlubić” po tym jak zapostuję kolejny macochowy post. Inna sprawa jest taka, że sprawa ta była (i ciągle jest) bardzo delikatna i w pewien sposób osobista dla Nikodema. Nie chciałam grzebać w ranie…

Jestem mistrzem wymówek i rozpieprzania własnych chęci.

Prawdziwy rachunek sumienia zaczyna się właśnie tutaj — jestem śmierdzącym leniem i mam talent do takiego wmówienia sobie zdań typu “a to bez sensu”, “a kto to będzie czytał”, “a już o tym pisali”, że większość blogowych wyjadaczy by zwątpiła, wiedząc, ile tematów olałam, skasowałam lub… zostawiłam Nikodemowi do opisania po angielsku…

Najpierw królowały pierwsze dwa powody podane na liście, czyli:
– nikt mnie nie czyta / kto to będzie czytał
– skoro nie mogę pisać o macochowaniu, to o czym?!


straciłam flow - zamknięte

COVID19 był tylko pomocą w szukaniu pomysłów na niepisanie. Przyszła pora na stare, dobrze wszystkim znane idiotyczne wymówki typu:
– to nie jest mój czas
– nie mam głowy do pisania, bo… (tutaj wstaw co Ci pasuje, bo i jak tak robiłam)
– jest za późno bo ktoś już to napisał, a ja nie będę się powtarzać
– inni też mniej teraz piszą, może też stracili flow
– nie wszyscy muszą być tak produktywni, jak… (tutaj wstaw kogokolwiek z listy blogów, na które zaglądam)

I na samym końcu mistrz!!!
TAK DŁUGO NIE PISAŁAM I CO TERAZ?! WYSKOCZĘ JAK FILIP Z KONOPI Z JAKIMŚ TEKSTEM O… (tutaj wstaw co chcesz, bo lista rzeczy, o których myślałam jest nieskończona)

Jak odzyskać stracony flow?!

Nie obiecuje wam (ani sobie), że wracam tu na zawsze, na długo, że będzie ambitnie, że wszyscy będą chcieli mnie czytać i że wszystko będzie dobrze. Zrobiłam sobie detox od social media z zupełnie innych powodów, a okazało się, że tego właśnie potrzebowałam, aby wrócić do mojego flow.
Nie mam jeszcze pojęcia o czym wam napiszę i kiedy, ale wróciły chęci, zresetowałam moją pisarską piramidę Maslowa i poczułam chęć odkrycia w sobie blogowego dziecka. Chciałabym znowu zacząć pisać dla samej chęci pisania, a nie dla wyników czy aprobaty. Kij wie, czy to się uda. Dlatego nie zakładam nic konkretnego. Pożyjemy, zobaczymy.